Migawki M. to zbiór wpisów o zyciu w Szkocji, byciu matka i lekarzem. Przeplataja sie tu teskty o codzienności z podrózami w swiat i umysł autorki - Małgorzaty Frej. 

Zapach nowego życia

Zapach nowego życia

zapach-nowego-zycia.jpg

Życie przychodzące na świat ma charakterystyczny zapach. Jest mokry, z tonami zielonego, niepodobny do zapachu innych płynów ustrojowych. Nie umiem porównać go do niczego innego, ale jest uzależniający. Po pierwszym razie chciałam więcej. Uważam, że ból jest przereklamowany. Cierpienie nie uszlachetnia. Nie ma nic szlachetnego w kobiecie wyjącej z bólu i błagającej o znieczulenie. Śpiącej ze zmęczenia między skurczami, mdlejącej, kiedy przychodzą i zwijają jej macicę w ciasny węzeł, wymiotującej, kiedy tylko ma na to siłę.

Ból sprowadza człowieka do poziomu najbardziej organicznego. Jedyne, o czym myśli, to żeby przestało boleć. Wszystkie inne potrzeby schodzą na drugi plan. Nie starcza siły i woli na myślenie o celu cierpienia, ofiarowania go za rodzące się dziecko. To jeden z największych mitów naszych czasów. Ból jest oznaką, że coś jest nie tak. Sygnałem, że trzeba coś zmienić, a nie go gloryfikować.

Dlaczego więc nowe życie przychodzi na świat w najbardziej bolesny sposób? Chciałabym, żeby odpowiedź miała egzystencjalne znaczenie, ale jest niestety banalnie prosta. Żebyśmy mogli chodzić na dwóch nogach i myśleć. Nasze miednice są za wąskie, a mózgi za duże. Kobiety codziennie płacą bolesną cenę za inteligencję.

Dziecko rodzące się w prawidłowy sposób patrzy na podłogę. Jakby nie mogło znieść widoku cierpiącej matki.

Bardzo dobrze pamiętam pierwszy poród, który widziałam. Szesnastoletnia dziewczyna, z jednej strony łóżka jej lekko przestraszony chłopak, a z drugiej mama. Każde trzymało ją za jedną rękę, dla mnie zostały tylko kończyny dolne. Pod koniec trzeba je było podnieść. Były ciężkie jak kłody, dałam radę trzymać tylko jedną. Rodząca była spokojna, miała odpowiednie znieczulenie, więc mogła skupić się na całym procesie. Na jej twarzy malowała się powaga i koncentracja, każdy oddech wydawał się precyzyjny, każde parcie zamierzone. Ciemna głowa anestezjologa pojawiła się w drzwiach dwa razy. Chciał sprawdzić, czy znieczulenie dobrze działało. Nie podeszło za wysoko? Nie trzeba dołożyć leku? Człowiek, który całe życie spędza uśmierzając ból i usypiając ludzi. To dopiero jest zawód.

Parę razy przyznała, że czuje się obnażona. „I feel like I'm going to the toilet in front of yous". Dwie niezamierzone łzy spłynęły szybko po szyi i zniknęły za szpitalną koszulą.

Obawiała się, że nie będzie wiedziała, co dalej robić. Skąd mam wiedzieć, kiedy przeć? Co będzie dalej? Nikt jej nie nauczył jak wyprzeć życie na drugą stronę. Po około 6 godzinach położna zobaczyła główkę. Ja nadal widziałam tylko zieloną maź. Do główki dziecka przyczepiona została mała elektroda mierząca tętno. Z każdym skurczem nitka łącząca elektrodę i świat na zewnątrz przesuwała się powoli, na zewnątrz i do środka. Przód i tył, przód tył, dwa centrymetry, dwa centymetry, aż w pewnym momencie została parę cenymentrów bliżej nas niż środka kanału rodnego. Stąd wiedziałyśmy, że dziecko zdecydowało się urodzić.

Zrobiłam wtedy coś, czym najbardziej zasłużyłam się w czasie tego porodu. Wcisnęłam czerwony guzik. Sygnał dla innej położnej, że dziecko się rodzi i jest potrzebna jej pomoc. Dalej wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Sterylne opakowania zostały otwarte, niebieskie płachty pokryły łóżko, srebrne instrumenty położone w zasięgu ręki. Mała wełniana czapeczka czekająca dla nowego człowieka.

Dziecko przyszło bezgłośnie. Dwoje ludzi narodziło się naraz: nowy człowiek i nowa matka. Ta ostatnia nie wiedziała co czuć. Ulgę, że przestało boleć, radość, że dziecko jest bezpieczne, obrzydzenie, że zielono biała maź pokrywająca różowe obślizgłe ciałko znalazła się teraz na jej ustach, bo nie mogła się powstrzymać przed pocałowaniem jego drogiej główki, miłość do partnera, który całował ją w czoło.

Łzy płynęły z sześciu oczu: matki, babki i ojca. Krew sączyła się tylko z matki. Mała strużka obok białego lekko przezroczystego sznurka pępowiny łączącego środek ze światem. Łożysko pojawiło się parę minut później. Było niesamowite, ogromne jak patelnia na naleśniki. Mięsiste, żylaste, czerwone. Zrobiło na mnie większe wrażenie niż dziecko. Co za precyzja natury, organ powstający za każdym razem, kiedy nowe życie zagnieżdża się w ścianie mięśnia i karmi je, natlenia przez prawie rok. Potem jest niepotrzebne. Zważone, obejrzane, ląduje w koszu z odpadkami. Zagrało już swoją rolę w tej sztuce.

Co zapamiętam z tego pierwszego porodu? Że kobiety są silne, ale mają prawo bać się. Że ból nie uszlachetnia, a brak bólu pozwala na skupienie się na innych rzeczach. Na przykład na tym, że właśnie zmienia się jej życie. Że czujna obecność położnej jest niezastąpiona, a kiedy nie ma lekarza przy porodzie, to dobry znak. Że do pacjenta mówi się w pierwszej osobie, nigdy w trzeciej. Nie my przemy, tylko ty. Nie my rodzimy, tylko ty. Że ojciec jest ważniejszym uczestnikiem porodu niż ktokolwiek inny na tej sali, oprócz rodzącej. Że on może być jej najlepszym adwokatem.

Widziałam potem wiele porodów. Była polska rodzina, gdzie piękna kobieta żartowała z mężem między skurczami i nie straciła humoru, nawet kiedy musiała iść ma salę operacyjną. Była para zakochanych w sobie kobiet, które przyjęły ma świat swojego synka jak największy skarb i patrzyły sobie w oczy, a potem na niego, jakby był najpiękniejszym zjawiskiem na świecie, podczas gdy był tak samo pomarszczonym staruszkiem oblepionym krwią i mazią jak każde inne dziecko.

Była matka trójki dzieci, która rodziła bliźnięta i płakała od wejścia na oddział, bo nie wiedziała, jak sobie poradzi z taką gromadka. Jej mąż z nią nie przyjechał. Był w pracy.  Była kobieta czekająca na dziecko od ponad dziesięciu lat, która w nocy przed planowanym cesarskim cięciem zaczęła krwawić. Reanimacja dziecka trwała 46 minut, a dziecko było uparcie niebieskie i ciche. I takie już zostało.

Życie przychodzi na świat w brudzie i bólu, które są przepowiednią. Ostrzeżeniem, że zaczyna się w taki sposób, jakie już pozostanie. I tak samo się skończy.

Marzenia? Wolę pustą baterię.

Marzenia? Wolę pustą baterię.

Zasady są granicami wyznaczającymi szczęście

Zasady są granicami wyznaczającymi szczęście