Migawki M. to zbiór wpisów o zyciu w Szkocji, byciu matka i lekarzem. Przeplataja sie tu teskty o codzienności z podrózami w swiat i umysł autorki - Małgorzaty Frej. 

Smycz dla młodych lekarzy

Smycz dla młodych lekarzy

medic-diaries-tlo.jpg

Jest mi bardzo łatwo mówić o tym, jaka się czuje uprzywilejowana, jak fascynuje mnie ludzkie ciało. Łatwo jest też praktykować medycynę, każdego dnia łechtając swoje ego i wzbijając się na wyżyny wysokiej samooceny. Na myśl o tych, którzy chlubią się, że będą ratować życia po szkole medycznej robi mi się trochę nie dobrze. Mam nadzieję, że będą mieli wystarczająco dużo przyzwoitości, żeby schować swoje nadmuchane niczym balon ego przed wejściem do szpitala. Może bardzo przeszkadzać im w pracy. Ogrom wiedzy, który studenci muszą przyswoić zasłania nam niezbędny aspekt praktyki medycznej-refleksję nad sobą i swoją praktyką.

Saving lives

Szkoła medyczna uczy bardzo niewiele. Nikt nie jest gotowy po odebraniu dyplomu, żeby nazywać się lekarzem. A jeśli ktoś myśli, że jest, to radzę uciekać i nie dać się zbadać. Na pewno nie podnosić koszulki, bo nie wiadomo, jakie ma zamiary. Możliwe, że to maniak i cierpi na przeświadczenie o swojej wielkości.

Umiejętności, jakie powinien mieć młody lekarz to zebranie szczegółowego wywiadu od pacjenta, dokładne zbadanie, zadawanie odpowiednich pytań, empatia i rozpoznanie chorego człowieka. Mam na myśli pacjenta, który potrzebuje kompleksowego zbadania i rozpoczęcia leczenia w tym momencie. Osoby w ciężkim stanie ogólnym. Rozróżnienie stanu dobrego od średniego jest najtrudniejsze i staje się powodem, przez który pacjenci są niepotrzebnie leczeni a państwo nie ma pieniędzy na leczenie tych, którzy naprawdę tego potrzebują.

Nervus interosseus antebrachii anterior*

Oczywiście wiedza dotycząca anatomii, farmakologii też się przydaje, ale bardziej na poziomie: serce ma cztery zastawki a przy przepisywaniu klarytromycyny trzeba zaprzestać podawanie statyn, a nie jakieś głupoty o tym, która dziurką wychodzi ci nerw z podstawy czaszki. Warto wiedzieć, który nerw może zostać uszkodzony przy typowych złamaniach, ale tak naprawdę wystarczy wiedzieć, że trzeba sprawdzić, czy pacjent ma dobre czucie i czy obecny jest puls. To, co uratuje kończynę to wykonany telefon do ortopedy w odpowiednim czasie, a nie dokładna wiedza unerwienia każdego mięśnia przedramienia.

Nie rozumiem polskiego systemu nauczania medycyny. W szkole medycznej spędza się około 6 lat. 60 miesięcy, przy 8 godzinach dziennie to tylko 9600 godzin. Żeby zostać ekspertem w jakiejkolwiek dziedzinie, potrzeba około 10 000 godzin praktyki. Przy mniejszym nakładzie pracy można co najwyżej liznąć temat i zdać kolokwium.

Jasne, że wiedza teoretyczna jest potrzebna. Ale znaczna większość czasu powinna zostać przeznaczona na praktyczne przygotowanie młodego lekarza do zawodu. Na spędzanie czasu z pacjentami, a nie książkami.

Patologiczna praktyka

Problem jest w tym, że sam zawód w Polsce praktykowany jest w sposób dość patologiczny. Mianowicie, dobro pacjenta jest tylko którymś z rzędu celem państwowej placówki medycznej. Z moich obserwacji wynika, że ego pana doktora jest na pierwszym miejscu. Na drugim jego pensja. Na trzecim narzekanie nie struktury służby zdrowia i narzucających się pacjentów, którzy po raz kolejny chcą wiedzieć, co jest z nimi nie tak, a przecież pan doktor ma epikryzę do wypisania, a zaraz leci do prywatnego gabinetu, żeby zacząć pracować. Dążenie do doskonałości klinicznej właściwie nie istnieje.

Smartfon w kieszeni kitla

Czy jestem niesprawiedliwa? Pewnie tak. Czy system w Wielkiej Brytanii jest idealny? Absolutnie nie. Ale kiedy miałabym wskazać jednej aspekt medycyny, który został mi wpojony do szpiku kości w czasie 10 000 godzin, które spędziłam w szkole medycznej to będzie to dążenie do doskonałości klinicznej i trzymanie własnego ego na smyczy. Im krócej tym lepiej. Pokusa, żeby się zerwało i zaczęło kąsać pielęgniarki, kolegów i unosić mnie dwa centymetry nad ziemia jest zbyt duża. Nie można przesadzać też w drugą stronę. Dlatego refleksja nad własną praktyką jest niezbędna. A nazwę rzadkiego syndromu czy dawkowanie leku można zawsze sprawdzić w aplikacji na smartfonie.

I nie ma w tym żadnego wstydu, bo prowadzi to do bezpiecznej praktyki, mającej na celu dobro pacjenta, a nie dobre samopoczucie lekarza.

PS. Nie mam głowy do pisania o niczym innym niż szkoła w tym momencie. Za około dwa tygodnie życie powinno wrócić do normy. Pozdrawiam Was serdecznie i przepraszam za ciszę na blogu!

*10 punktów dla tego, kto wie przy jakim złamaniu narażony jest ten nerw i u jakiego pacjenta.

Czego nauczyło mnie prowadzenie biznesu i dlaczego go zamknęłam?

Czego nauczyło mnie prowadzenie biznesu i dlaczego go zamknęłam?

W przedszkolu prostego życia. Minimalizm #4

W przedszkolu prostego życia. Minimalizm #4