O miłości i małżenstwie

IMGP8041.jpg

Nie wiedzieliśmy, w co się pakujemy. Skąd mogliśmy wiedzieć. Dzisiaj wiemy o sobie dużo więcej, ale i tak cały czas J mnie zaskakuje. Kiedy przestajemy się zaskakiwać i stajemy się dla siebie nawzajem zupełnie przejrzyści i przewidywalni, kończy się zakochanie. Bo miłość to coś zupełnie innego.

Pięć lat temu myślałam, że wiem, czym jest miłość. Miałam swoją definicję: miłość to decyzja, zobowiązanie wobec drugiej osoby, że zawsze będę pragnęła jego szczęścia, stawiała jego potrzeby przed swoimi. Teraz wiem, że mimo tego, że zaznałam miłości to nadal jej nie znam do końca. Zmieniam się razem z nią, razem z nim. Dorastamy, a z tym procesem dorasta nasza miłość. I codziennie może znaczyć coś innego. Nie ma potrzeby ograniczać jej definicjami. Po prostu jest. My jesteśmy.

I mimo tego, że po pięciu latach jest to dla mnie tak oczywiste, jak wschód i zachód słońca, to brakuje mi oddechu na myśl, że to się może zmienić.

Małżeństwo to szaleństwo. Statystycznie coraz częściej skazane na niepowodzenie. Czasem się mówi, że to coś przeciwko ludzkiej naturze i zupełnie się z tym zgadzam. Jednocześnie nie znam innej formy świadomej więzi między dwojgiem ludzi, która prowadziłaby do takiej bliskości. Nie mówię tu o seksie, to tylko część całego obrazu.

Wychodząc za mąż 5 lat temu, nie miałam pojęcia, w co się pakuję. A jednak skoczyliśmy w nie razem i wylądowaliśmy na czterech łapach.

Zastanawiałam się co sprawiło, że nadal nam się udaje. Na pewno trochę szczęścia, a poza tym:

1. Mówienie przepraszam, zanim skończy się kłótnia.

Wina nigdy nie leży po jednej stronie. Zamiast czekać, aż dojdziemy do tego, kto ma rację wolimy przeprosić i zacząć dyskusję od nowa. Duma nie pomaga w zażegnaniu konfliktu. Nigdy.

2. Bycie rodziną od pierwszego dnia po ślubie.

Mieliśmy to szczęście, że od razu po ślubie zamieszkaliśmy oddzielnie w wynajętym mieszkaniu. Mimo tego, że byliśmy tacy młodzi, chcieliśmy, żeby nasi rodzice zrozumieli, że jesteśmy nową rodziną. Prosiliśmy, żeby to uszanowali i obie strony spisały się świetnie. Bycie oddzielną jednostką społeczną to między innymi możliwość spędzenia niedzieli we dwoje, jeśli mamy na to ochotę i umówienie się z mamą na mieście na kawę zamiast przesiadywania przy stole. Oczywiście staramy się odwiedzać rodziców i rodzinę, kiedy tylko możemy (i chcemy), ale to, że obie strony szanują naszą odrębność jest bardzo cenne.

3. Bycie indywidualistą.

Nie mówię tu o gardzeniu żurkiem na cześć falafela czy przejawami uciekania przed wszystkim, co popularne i mainstream. Chodzi o pozostanie sobą, odrębną osobą, która ma własne zainteresowania i potrafi spędzać czas sama ze sobą. Bez tego udusiłabym się w naszym związku. Gdybyśmy mieszkali w kawalerce pewnie musiałabym zamykać się w łazience dla odrobiny samotności. Kokony nie są dla małżeństw. Możliwe, że to etap, który musi przejść każda para, ale lepiej zakończyć go na długo przed ślubem.

4. Mówienie o co chodzi.

W każdym aspekcie życia znajdą się niedomówienia. On się nie domyśli, że ona miała nadzieje, że pójdą do kina na drugą część Pitch Perfect albo ona zapomni kolejny raz zamknąć pastę do zębów, żeby końcówka nie wysychała. Zdarza się najlepszym z nas. Rozwiązanie? Mówić, o co biega, zamiast gotować w sobie złe emocje. Takie to niby proste, ale dlaczego on nie może sobie zapisać w kalendarzu, kiedy wychodzą jej ulubione filmy? (żarcik).

5. Bliskość fizyczna.

Trzeba to powiedzieć. Nie wierzę, że między ludźmi, którzy nie sypiają razem, nie przytulają i od czasu do czasu nie potrzymają się za ręce wszystko gra. Brak bliskości fizycznej to moim zdaniem papierek lakmusowy związku. Trzeba o to dbać. W przypadku bardzo napiętego grafiku wpisywać do kalendarza. Inaczej się nie da. Seks musi być.

6. Coś wspólnego.

Bycie indywidualistą nie wystarczy. Gdybyśmy z J'em nie mieli żadnych wspólnych zainteresowań nie wyobrażam sobie, w jaki sposób organizowalibyśmy sobie cały czas, który spędzamy razem. W naszym przypadku łączy nas wiele. Ostatnio bezgraniczna miłość do Bastille.

Skoro piszę o małżeństwie, próbowałam się zastanowić co znaczy dla mnie to słowo i ten typ związku. Myślę, że mimo ogólnie przyjętej definicji religijno-tradycyjnej, każdy ma prawo nazywać małżeństwem to, co chce. Sama jestem katoliczką, więc dla mnie to najzwyczajniej wspólna droga przez życie, z jasnym celem na jej końcu. Dla innej pary może to być coś zupełnie innego i w zupełności mi to nie przeszkadza.

O ile za definicją kryje się szczęście dwojga ludzi.

IMGP7833 IMGP8145-2 IMGP8041 (1)

Fot.  Elżbieta Adamska (vel nieśmigielska)

 

Life, PersonalMaggie Frej