Nowa codzienność

Już tak dawno nie pisałam, że nie wiem, od czego zacząć. Nie mogę w to uwierzyć, że od prawie czterech miesięcy jestem mamą. Jest to zdecydowanie największa zmiana, jaka nastąpiła w moim życiu. Matura, przeprowadzka do innego kraju, ślub, jedne i drugie studia, zostanie lekarzem — niczym nie dorównują zostaniu matką. To zupełnie inna liga zmian. Do Edynburga powoli zawitała wiosna, dość nieśmiało i jeszcze bije się trochę z zimą, która nie chce jej ustąpić miejsca. Kiedy wychodziłam dziś na spacer z M, świeciło słońce, a niebo było zupełnie czyste i niebieskie. W połowie pierwszego okrążenia Meadows (duży park w południowej części Edynburga) zaczął padać grad. Jedno ziarenko wielkości ziarnka kukurydzy wpadło Maryni do kącika prawego oka i natychmiast się rozpuściło. Jak sobie możecie wyobrazić nie była zachwycona takim bliskim obcowaniem z naturą. Zanim skończyłam zakładać pokrowiec od deszczu na wózek grad zamienił się w śnieg, a córa donośnie dawała znać o swoim niezadowoleniu po pierwszym spotkaniu z gradem. Rowerzystka na pasach uśmiechnęła się do mnie ze współczuciem, światło zmieniło się na zielone a śnieg przestał padać tak szybko, że nie było już sensu kontynuować zakładania pokrowca. Poszłyśmy dalej przed siebie, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

Moje dni ostatnio są bardzo powolne. Wiele nie udaje mi się zrobić, poza tuleniem, całowaniem małych stópek i pulchnych policzków, karmieniem i nieudanymi próbami odkładania dziecka do łóżeczka. Codziennie rano wita mnie uśmiech od ucha do ucha, rozjaśniając sypialnię bardziej niż światło wpadające przez żaluzje. Są radosne piski tylko z tego powodu, że weszłam do pokoju. Jest machanie rączkami, aż będą zupełnie zimne od małego wiatru, które same robią. Jest trzęsący się śmiechem przez sen brzuszek, oparty na moim, nadal miękkim po porodzie. Jest Chopin w sobotę rano, serwowany z poczwórnym espresso i częstym ziewaniem. Jest mała rączka, która zawsze znajdzie krawędź mojego dekoltu, kiedy karmię jej właścicielkę. Są mądre spojrzenia, czasem podejrzliwe, częściej rozbawione z kompletnie nieznanego mi powodu. Są małe kreski brwi, które unoszą się komicznie do góry i są w stanie rozwiać każde zmęczenie.

Taka jest teraz moja codzienność. Kocham ją.

A co u Was?