Migawki M. to zbiór wpisów o zyciu w Szkocji, byciu matka i lekarzem. Przeplataja sie tu teskty o codzienności z podrózami w swiat i umysł autorki - Małgorzaty Frej. 

Found: Lekarstwo na jedną trzecią objawów z jakimi borykają się Polacy

Found: Lekarstwo na jedną trzecią objawów z jakimi borykają się Polacy

photo-1446933810843-52d1ae9be86b.jpg

Jest jedno lekarstwo na świecie, które niewiele kosztuje, a leczy cały wachlarz chorób i schorzeń. Jest niezastąpione w przypadku prostych złamań, przeziębienia, bólu głowy, wysypek u dzieci, kaszlu. Niektórzy niesłusznie uważają je za zbyt niebezpieczne, żeby używać go w codziennej praktyce lekarskiej i przez to narażają swoich pacjentów na zbędne inwazyjne testy diagnostyczne, które często do niczego nie prowadzą. Ale o nim za chwilę.

Zacznijmy od przykładu z mojego podwórka: w Polsce, jeśli ktoś myśli, że ma złamaną kość, zgłasza się na SOR. Tam zostaje zrobione prześwietlenie i przychodzi lekarz ortopeda, który nastawia złamanie, jeśli jest taka konieczność i zaleca leczenie np. w formie usztywnienia w gipsie. Następnie pacjent zapraszany jest na wizytę kontrolną, ale może się okazać, że kolejki do takiego lekarza są tak długie, że zapisywać się trzeba z wyprzedzeniem trzech tygodni.

Tak naprawdę pacjent nie wierzy, że to proste złamanie, w końcu boli jak cholera, więc coś musi być na rzeczy. Idzie więc prywatnie jeszcze raz do lekarza i prosi o drugą opinię. Ten postanawia powtórzyć rentgen, tak dla pewności, stwierdza złamanie kości śródstopia (nazwy kości nie wymienia, albo mówi nazwę łacińską, żeby pokazać pacjentowi, że przysiadł do anatomii na pierwszym roku), pokręci trochę głową i odchrząknie znacząco. Pacjent w tym momencie jest już pewny, że straci nie tylko stopę, ale całą kończynę.

Wychodzi z gabinetu przekonany o swoim rychłym kalectwie i prosi o zwolnienie z pracy na 4 tygodnie. Po czym chodzi do lekarza ortopedy co tydzień na kontrolne wizyty, na których ten sprawdza, czy kości się dobrze zrastają, ale nie mówi pacjentowi zbyt dużo dobrych wiadomości. Z racji tego, że prawie każde złamanie zrasta się co najmniej 6 tygodni, lekarz tak naprawdę nic nie robi na wizycie kontrolnej, poza inkasowaniem odpowiedniej sumy. Pacjent przerażony całą sytuacją, pogorszoną przez brak informacji zwrotnej od lekarza i zaproszenia na kolejne wizyty kontrolne, postanawia zostać w domu kolejne cztery tygodnie na wszelki wypadek, żeby stopa się przypadkiem nie rozleciała pod biurkiem w pracy.

Po 6 tygodniach stopa powoli przestaje boleć. Ostatnia wizyta kontrolna. Pacjent szczęśliwy, bo lekarz wykonał swoje zadanie i pod jego czujnym okiem kość zrosła się prawidłowo. Hura. Wszyscy są zadowoleni. Pacjent, bo został dopieszczony przez lekarza (najlepiej profesora z renomowanego publicznego szpitala akademickiego w stolicy). Iile się strachu najadł, to on sam tylko wie, ale przynajmniej stopa jest jak nowa. Portfel trochę cieńszy, ale czego się nie robi dla zdrowia.

Lekarz też nie może narzekać. Proste złamanie, samo się praktycznie zagoiło, trochę postraszył pacjenta, ale przynajmniej zarobił sobie na nowy zegarek z GPS-em do biegania porankami po Polach Mokotowskich. Win win.

W sumie nić złego się nie wydarzyło, wszyscy zainteresowani są zadowoleni, więc po co to w ogóle pisze?

A po to, że takie rzeczy dzieją się w krajach, gdzie służba zdrowia jest napędzana potrzebami finansowymi. Lub nazywając rzeczy po imieniu: chciwością napędzaną przez władzę informacji.

Jak by to wyglądało w kraju, gdzie celem służby zdrowia nie jest zapełnianie portfela lekarza, tylko wyleczenie pacjenta i jego  jak najszybsze przywrócenie do dobrego stanu zdrowia?

Pacjent przyszedłby na SOR ze złamaną stopą. Spotkałby tam ortopedę, który wytłumaczyłby naturę tego typu złamania i proces leczenia. W tym przypadku było to proste złamanie niewymagające interwencji chirurgicznej. Dostałby gips lub tylko tzw. moonboot, instrukcje co może robić, a czego nie (czy może stawać na stopie? Czy powinien chodzić o kulach? Czy może wrócić do pracy? Czy powinien dostawać zastrzyki zmniejszające krzepliwość krwi? Jakie środki przeciwbólowe powinien brać i jak często? Kiedy przestanie boleć?). Za dwa tygodnie zostałby zaproszony do przychodni na kontrolę. Powtórny rentgen potwierdziłby prawidłowy proces zrastania się. Lekarz powiedziałby pacjentowi, że od tej pory ból powinien się zmniejszać, funkcja stopy powinna wracać do normalności przez kolejne 4 tygodnie, ale możliwe, że mały ból będzie utrzymywał się dużo dłużej i stopa będzie sztywna. Gdyby pacjenta coś niepokoiło, może udać się do lekarza rodzinnego po poradę i poprosić o skierowanie do fizjoterapeuty. Znaczna większość tego typu złamań jest nieskomplikowana i dobrze się goi.

Pacjent opuszcza gabinet z poczuciem, że miał szczęście, że złamanie wyleczy się już w 6 tygodni. Wie, czego się może spodziewać i kiedy powinien widzieć poprawę.

Jakie są kluczowe różnice między pierwszym a drugim scenariuszem? Pierwsza i najważniejsza różnica to jawność informacji dotyczących stanu zdrowia pacjenta i jasna komunikacja. Moim zdaniem to absolutna podstawa dobrej relacji między lekarzem i pacjentem.

Informacja to władza

Ostatnio byłam u mechanika z samochodem, bo uderzyłam dość mocno w krawężnik i niestety na pięknej srebrnej alu-feldze i oponie ukazały się głębokie szramy. Spory kawałek gumy latał sobie wolno, trzymając się opony na słowo honoru. Zdarcie było dość głębokie i nie wiedziałam, czy opona jest do wymiany, czy zostało w niej jeszcze trochę życia. Udałam się do mechanika i pomyślałam, że czuję się pewnie podobnie do pacjenta, który idzie do lekarza ze schorzeniem, na którego temat ma dość blade pojęcie.

Czy oponę trzeba zmienić? Czy mogę bezpiecznie na niej jeździć?

Informacja i wiedza to moc. Przewaga. Wyższość. Pozycja władzy. Wykorzystywanie tego dla własnego zysku jest nie tylko nieetyczne, ale również niebezpieczne. W praktyce medycznej nie ma na to miejsca! A jednak, jak wielu lekarzy wykorzystuje strach pacjenta, jego niewiedzę dla własnego pożytku? Brak rzetelnej informacji w czasie konsultacji z lekarzem nie musi polegać tylko na słabej formie komunikacji werbalnej. Czasem wystarczy niewytłumaczone westchnięcie podczas analizy wyników badań w gabinecie, żeby w głowie pacjenta zaczęły się projekcje kończące się przeświadczeniem o rychłej śmierci na raka.

Niedocenione lekarstwo

Lekarstwo, o którym pisałam we wstępie to otucha, pokrzepienie, rozwianie obaw pacjenta.

Bo znaczna większość złamań zrośnie się sama bez komplikacji. Przeziębienia przejdą same po tygodniu, bez potrzeby brania antybiotyków. Ból głowy jest jednym z najczęstszych objawów, na które narzekają pacjenci a wysypki u dzieci zwykle są niegroźne i stosunkowo łatwo uleczalne. Dzieci w pierwszym roku życia chorują średnio raz w miesiącu i jest to część procesu, który pozwala im na zbudowanie kompetentnego układu odporności.

Poważne, zagrażające życiu choroby są niezwykle rzadkie. Nasze ciała są pod tym względem niesamowite: jest tyle elementów fizjologii człowieka, które mogą zawieść, a jednak znaczna większość z nas jest zdrowa. Dlaczego więc, zamiast cieszyć się tym zdrowiem, nieustannie szukamy rzeczy, które można by poprawić? Dlaczego oczekujemy od lekarza diagnozy zamiast pocieszenia, że wszystko jest dobrze a objawy same przejdą. Dlaczego wychodzimy z gabinetu zawiedzeni, że testy niczego nie wykazały, zamiast cieszyć się, że nasze ciało działa prawidłowo?

Decyzja o niepodjęciu leczenia jest trudniejsza niż leczenie byle czym, żeby tylko pacjent czuł, że coś się dzieje. A praktykowanie medycyny spełniającej życzenia pacjenta nie powinno być w interesie lekarza, bo nie prowadzi do niczego dobrego. Tylko, że łatwiej jest dać skierowanie na badanie niż spędzić 5 minut tłumacząc pacjentowi, że nie ma takiej potrzeby.

Nie ma zdrowych ludzi

Znam lekarzy, którzy twierdzą, że nie ma zdrowych ludzi. Są tylko ci, którzy nie są jeszcze zdiagnozowani.

Co. Za. Bzdura.

Rozwianie obaw pacjenta, dodanie otuchy i zapewnienie, że jego choroba nie jest groźna mogą być najlepszym lekarstwem. Z własnych obserwacji i z literatury na ten temat wnioskuję, że najważniejszym aspektem konsultacji medycznej dla pacjenta jest poczucie, że lekarz bierze na serio to, co mówi pacjent. Samo powiedzenie: „eee, nie przejmuje się pani, to nic groźnego!” niczego nie wskóra. Tak samo pozostawienie pacjenta bez diagnozy też nie jest pomocne. Pacjent musi wiedzieć, że lekarz chce pomóc, wysłuchać pacjenta do końca, postarać się poznać jego obawy, stan wiedzy na temat jego schorzenia i dopiero wtedy zacząć rozmowę na temat braku zagrożenia i potrzeby dalszego leczenia czy interwencji. Informacja nie może być tu kartą przetargową, dzięki której lekarz jest w stanie zarobić większe pieniądze.

Harper Lee w "Zabić Drozda" pięknie i prosto ujęła samo sedno sprawy, opisując, w jaki sposób powinien zachowywać się lekarz, żeby pacjent poczuł się lepiej.

„Był jednym z niewielu ludzi nauki, którzy mnie nie przerażali, prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie zachowywał się jak lekarz. Ilekroć robił drobne przysługi dla Jem i mnie, takie jak usunięcie drzazgi ze stopy, mówił nam, co dokładnie miał zamiar zrobić, jak długo będzie bolało, i wyjaśniał, jakich narzędzi będzie używał „.

Otucha zamiast syropu

Badania pokazują, że pacjenci, którzy są umiejętnie leczeni przez zapewnienie o tym, że ich objawy nie są groźne, nie odczuwają stresu i obaw związanych z potencjalną chorobą, nie chodzą od lekarza do lekarza, żeby znaleźć odpowiedź tłumaczącą ich symptomy i ogólnie cieszą się lepszym zdrowiem.

Krótko mówiąc, pacjent chce wiedzieć czego może się spodziewać. Chce poczuć, że jest ważny, że lekarza obchodzą jego objawy. Najcenniejsza forma otuchy, jaką może dać pacjentowi lekarz to zapewnienie, że będzie on obecny i dostępny dla pacjenta niezależnie od tego, gdzie zaprowadzi ich dane schorzenie. Że pacjent nie zostanie porzucony.

W idealnym świecie pacjent nie powinien oczekiwać niczego mniej niż relacji z lekarzem opartej na obustronnym zaufaniu.

Tylko wtedy słowa otuchy padną na dobry grunt i zadziałają.

“The first duties of the physician is to educate the masses not to take medicine.” 

“Care more for the individual patient than for the special features of the disease. . . . Put yourself in his place . . . The kindly word, the cheerful greeting, the sympathetic look — these the patient understands.”

- William Osler (jedna z najbardziej inspirujących postaci w świecie medycyny. Jako pierwszy zaproponował, żeby studenci medycyny wyszli na oddziały szpitalne i uczyli się od pacjentów, a nie z książek)


Dla wnikliwych:

  1. Reassurance; Neil Kessel; The Lancet Volume 313, Issue 8126, 26 May 1979, Pages 1128–1133
  2. Reassurance Reconsidered, David G. Buchsbaum, Social Science and Medicine, Volume 23, Issue 4, 1986, Pages 423–427
  3. “Doctor, please tell me it’s nothing serious”: an exploration of patients’ worrying and reassuring cognitions using stimulated recall interviews, Giroldi et al.; , BMC Family Practice 2014, 15:73
  4. ‘No need to worry’: an exploration of general practitioners’ reassuring strategies; 2014 Giroldi et al. ; BMC Family Practice 2014, 15:133
  5. The role of illness perceptions in patients with medical conditions; Petrie, Keith J; Jago, Lana A; Devcich, Daniel A; Current Opinion in Psychiatry; Issue: Volume 20(2), March 2007, p 163–167
Krótko: nienawiść to nienawiść.

Krótko: nienawiść to nienawiść.

Goniąc lodowce - Rejs fiordem Ultima Esperanza

Goniąc lodowce - Rejs fiordem Ultima Esperanza