Dlaczego akcja GoogleHack dotycząca samobójstwa tak na mnie wpłynęła?

Dlaczego-akcja-googlehack-tak-na-mnie-wplynela.png

Tattwa spytała, czy teoretyzuje. Chciałabym odpowiedzieć, że tak, ale nie byłaby to prawda.

 

Po przeczytaniu apelu Jana Favre i tekstów, które powstały w wyniku akcji GooleHack "Stop Samobójcom", która miała polegać na utrudnieniu ludziom znalezienia w Google stron na temat sposobów zabijania się, poczułam, że coś jest z tym nie tak, że tak nie można.

Akcja została przyjęta ciepło i z wielkim entuzjazmem przez wielu ludzi i sama dostrzegam jej dobre intencje. Jednak przeczytanie tego pierwszego wpisu Janka spowodowało lawinę myśli, które towarzyszyły mi w najczarniejszych momentach. Z perspektywy paru dni, które celowo przeczekałam nic nie pisząc na blogu, żeby ochłonąć, postaram się wytłumaczyć, dlaczego nadal jestem jej przeciwna.

Odpowiedzialność za drugiego człowieka

Kiedy pisałam mój tekst o depresji spędziłam wiele czasu zastanawiając się, czy publikując go nie sprawie nikomu bólu. Bolące myśli sprawiają, że stajemy się niezwykle wrażliwi na to, co czytamy na bliskie nam tematy. Depresja i odebranie swojego życia są jednymi z najbardziej osobistych tematów, które nie są jeszcze dobrze zrozumiane przez wielu ludzi i często traktowane z brakiem delikatności i taktu.

Nie chciałam generalizować. Nie chciałam mówić innym, że jeśli czują się w taki sposób jak ja to mają prawo cierpieć, a jeśli w inny to ich cierpienie jest nieuzasadnione. Unikałam porównywania do innych. Każdy z nas przeżywa swoją chorobę inaczej.

Celowo nie napisałam ile dni, tygodni, miesięcy czy lat borykałam się z chorobą, ani kiedy to miało miejsce, bo nie uważam tego za istotne. To nie jest licytacja, nigdy nie zamierzałam nikomu udowadniać, że mam gorzej.

Nawet jeden dzień depresji, to o jeden dzień za dużo.

Myśli związane z zakończeniem własnego życia pojawiają się w najczarniejszych godzinach. Nikomu tego nie życzę.

Przestań mi mówić co mam robić.

- Może idź na spacer? Wyjdź, spotkaj się ze znajomymi. Aktywność fizyczna podobno bardzo pomaga. Brakuje Ci witaminy D, przyniosłam Ci tabletki. Chociaż się ubierz, masz tu bułeczkę ci kupiłam. Ej, też się kiedyś tak czułam, jak ty, jak mnie Maciek zostawił. Myślałam, że się zabije wtedy, serio, wiem co czujesz.

Mimo tego, że to słowa osoby troszczącej się i pełne są dobrych intencji, nie są to słowa które chciałam usłyszeć, kiedy źle się czułam. Ci, którzy zauważyli, że coś jest ze mną nie tak chcieli działać.

Moja apatia, anhedonia, kompletny brak zainteresowania czymkolwiek, działały jak płachta na byka, który nie chciał co prawda ukłuć mnie rogami, ale nie mógł stać i bezczynnie patrzeć jak czerwony materiał powiewa na wietrze. To naturalna reakcja, ale czy czasem nasza chęć niesienia pomocy nie ma na celu uciszenie własnego sumienia zamiast poprawienia sytuacji drugiej osoby?

Jak często zaczynamy pomagać, zanim spytamy czego druga osoba od nas najbardziej potrzebuje?

Znalazły się też osoby, które spytały, czy chciałabym porozmawiać. Nie chciałam. Wtedy zwykle zaczęły mi opowiadać o tym, co same przeszły. Szczerze? Mało mnie to obchodziło. Mniej pomocnych głosów również nie brakowało. Głosy osób, które próbowały mi pokazać, jakie życie jest piękne, jak wiele już osiągnęłam, jaka ze mnie szczęściara. Jak mam, za co być wdzięczna i ile jeszcze przede mną.

A ja w tym czasie dopracowywałam szczegóły mojego planu, który był planem idealnym. Przede wszystkim brał pod uwagę jak najmniejsze cierpienie bliskich, którzy nie wiedzieli jak mi pomóc. Ich rady odbijały się od mojej skorupy, od czasu do czasu tylko koląc mnie boleśnie w oko, bo widziałam, że chcą pomóc a tak bardzo nie potrafią.

Byłam pogrążona w swoich smolistych myślach i jedyne zdanie, jakie chciałam wykrzyczeć to: nie masz pojęcia, przez co przechodzę! I dodać ciszej: proszę, przestań.

Etyka blogera

Długo zastanawiałam się nad tym, co sprawiło, że moja reakcja na akcję była tak organiczna, szybka i emocjonalna. Teraz już wiem. Mój kompas etyczny jest bardzo wyczulony, zwłaszcza jeśli chodzi o osoby borykające się z problemami zdrowotnymi. Jako lekarz nigdy nie zachowałabym się w analogiczny sposób, nawet jeśli wiedziałabym, że moje zachowanie i małe kłamstwo może zaowocować dobrem pacjenta. Zgoda drugiego człowieka na jakąkolwiek moją interwencję jest dla mnie świętością. Przekazywanie informacji jest jedną z podstawowych roli lekarza, a robienie tego wbrew woli pacjenta uważam za naruszenie jego autonomii.

Pamiętam jedną panią, która przyszła do szpitala z dusznością. Po wstępnych badaniach podejrzewaliśmy, że ma nowotwór. Okazało się, że miała ich dwa i dodatkowo pękniętego tętniaka aorty. Byłam przy tym, kiedy lekarz przekazywał jej informacje na temat diagnozy. Pierwsze co powiedział to, że nie ma dobrych wiadomości. Że to, co ma jej do przekazania będzie prawdopodobnie szokiem. Po czym spytał jak wiele chce wiedzieć. Ona odpowiedziała, że niewiele.

Lekarz powiedział, że niestety nie zostało jej wiele życia, że jest bardzo chora, ale zrobimy wszystko, co możemy, żeby miała czas pożegnać się z rodziną i nie odczuwała bólu. Widocznie czuła, że coś jest nie tak. Była u skraju życia i nie chciała zagłębiać się w szczegóły. Czy uszanowanie jej woli w tym przypadku było nieodpowiedzialne? Czy było oznaką braku chęci niesienia pomocy? Absolutnie nie.

Pomoc nie zawsze jest tym, co my sami uważamy za najlepsze.

Mimo tego, że internet jest wolniejszym medium przekazywania informacji niż ulotki, czy gazety, uważam, że zasady etyki i szacunku do drugiego człowieka nie przestają tu obowiązywać.

Autonomia, nieszkodzenie, dobroczynność i sprawiedliwość są dla mnie ważne w każdym aspekcie życia, również w tym, co piszę tu na blogu. Niektórzy to wyśmieją, inni pukną się w głowę.

Czy szukając informacji na temat samobójstwa chcę czytać o tym, co mam zrobić zamiast? Nie chcę.

Czy przekazywanie informacji na siłę, podobne do wciskania ulotki z nagłówkiem, który niewiele ma wspólnego z treścią byłoby dobrze przeze mnie odebrane, w momencie, kiedy moje zaufanie do świata i innych bliskie jest zeru? Czy kiedykolwiek wcisnęłabym taką ulotkę pacjentowi po próbie samobójczej?

Alternatywa

W internecie jest wiele treści, które mogą zaszkodzić osobom w kryzysie, szukającym sposobu, żeby w końcu przestało boleć. Zagrzebanie tych informacji pod listą wpisów z numerami do infolinii nie jest rozwiązaniem. Jako osoba szukająca takich informacji, chciałam znaleźć głos, który by mnie zrozumiał. Stronę, na której byłoby napisane: masz prawo się tak czuć, to nie twoja wina, to co czujesz jest prawdziwe i ważne. Ty jesteś ważna. Zależy mi na Tobie.

Bez dawania rad, bez upominania, bez przekonywania, że życie jest warte wysiłku, że jutro będzie lepsze. Zdobycie zaufania osoby w kryzysie emocjonalnym nie jest proste. Są pewne techniki komunikacji, które moga pomóc w nawiązaniu nici porozumienia. Najważniejsze jest stworzenie środowiska, w którym taka osoba czuje się bezpiecznie, gdzie może być sobą i wie, że nie będzie oceniana.

Wydawanie rad, apelowanie i mówienie, jaki ma być jej kolejny krok nie należały do nich.

Szacunek

Rozumiem, że cel akcji GoogleHack był z założenia dobry. Nie wątpię w intencje ludzi, którzy wzięli w niej udział ani przez moment. Sama kiedyś wpisałam w Google słowa: how to commit suicide? I pierwsze co pojawiło się na liście haseł pokazanych mi przez wyszukiwarkę było:

Are you feeling low?

Tak, tak właśnie się czułam! Skąd wiedziałeś Google?

Link zaprowadził mnie do strony Samaritans – charytatywnej organizacji, która zajmuje się rozmawianiem z ludźmi w potrzebie. Ich celem nie jest zapobieganie samobójstwom, tylko rozmowa. Wszystko odbywa się na warunkach tego, kto zdecyduje się zadzwonić. Sama przeszłam szkolenie tej organizacji po tym, po tym, jak moja koleżanka z klasy popełniła samobójstwo. W Wielkiej Brytanii średnio co 52 sekundy Smarytanie rozmawiają z osobą, która rozważa odebranie swojego życia.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej spytano mnie, czy gdyby Magda trafiła właśnie na mnie i chciała, żebym z nią poczekała aż do końca po drugiej stronie telefonu, to czy uszanowałabym jej prośbę.

 

Odpowiedziałam, że tak.


 

PS. Samarytanie znani są z tego, że szanują wolę osoby dzwoniącej. W czasie rozmowy parę razy delikatnie proponują zadzwonienie po karetkę lub wizytę w jednym z oddziałów ich organizacji, ale jeśli dzwoniący kategorycznie odmawia, zostają z nim do końca przy telefonie. Myślę, że jest to jeden z powodów, dlaczego cieszą się tak wielkim zaufaniem i pomagają tak dużej ilości ludzi każdego dnia w UK.

PersonalMaggie Frej