Wszystko albo nic, czyli plany na nowe mieszkanie.

Nadchodzi taki czas w życiu człowieka, kiedy ma dosyć studenckiego życia.

Niektórzy przechodzą go w wieku 25 lat, a inni 35, ale nie ma to znaczenia. W pewnym momencie mówi się „dość, nie mam siły na kaca, brzydkie mieszkanie, a szalony weekend to śniadanie na mieście i Netflix na kanapie". Ten czas w życiu często koreluje z decyzją o zaprzestaniu wycieczek do IKEI w celu ulepszenia mieszkania. IKEA jest taka super, do pewnego czasu to było moje miejsce w Edynburgu, gdzie chciałam jechać, kiedy tęskniłam za Polską. Bo wystarczy wejść do restauracji, poczuć znajomy zapach (zapewne polskiego) drewna wymieszanego z (końskimi) klopsikami i można w jednej chwili przenieść się na Targówek do Warszawy. Potem kluczy się między stolikami, testuje materace na dziale sypialnianym i bawi w dom w mieszkaniach na niby.

Niestety prawda jest taka, że meble z IKEI są bardzo słabej jakości i, mimo że spełniają marzenia o przytulnym domu i wprowadzają wymarzone Hygge do naszej codzienności, to nadchodzi czas, kiedy biała sklejka to już za mało. Człowiek chce czegoś więcej.

Mieliśmy nadzieję, że zostaniemy w naszym poprzednim mieszkaniu, aż do momentu, kiedy kupimy własne, ale miarka się przebrała. Psy (i chyba ich właściciele) uparcie sikali na naszej klatce, pleśń wdzierała się do każdego zakątka włącznie z naszymi pęcherzykami płucnymi i trzeba było coś zmienić. Jak już pisałam, rynek mieszkań w Edynburgu jest tragiczny. Kłamstwa, pleśń, mieszkania z łazienką w szafce kuchennej — to wszystko widzieliśmy na własne oczy. Zaczęliśmy szukać czegoś z pewnym budżetem, potem okazało się, że trzeba zrobić tak, jak radziła Riennahera, która ma o rok więcej doświadczenia w życiu w UK, i to w dodatku w Londynie. Jeśli chodzi o tempo i wyzwania życia codziennego to Londyn to Nowy Jork a Edynburg to Portland (Oregon), tylko mniej u nas foodtracków. 

Pytanie, jakie sobie trzeba zadać to: ile najwięcej możemy płacić za mieszkanie? Potem dodać do tego 200 funtów i zacisnąć zęby. Na przeddzień wyjazdu do Polski na wakacje w końcu nam się udało! Już myśleliśmy, że agentka nieruchomości prowadzi nas do kolejnej zapyziałej piwnicy, a tu niespodzianka! Główne drzwi! Kominek na klatce! Brak moczu i innych ludzkich lub zwierzęcych płynów ustrojowych! Spojrzeliśmy po sobie i wymieniliśmy spojrzenia pod tytułem: „nie daj po sobie poznać, że Ci się podoba".


Krótko mówiąc, mieszkanie jest nasze. To znaczy nie nasze, ale pewnie, dopóki burza związana z Brexitem się nie rozwiąże, to nie będzie nam dane zacząć wspinaczki po drabinie nieruchomości. Nawet mi dobrze z tą wolnością. Perspektywą, że możemy odejść z naszej aktualnej sytuacji w każdej chwili, z pustymi rękami, ale jednak w wybranym przez nas kierunku, jest bardzo miłe. 

Po raz pierwszy mieszkanie, które mamy jest nieumeblowane. I to do tego stopnia, że nie było w nim nawet sztućców, ani deski do prasowania, co zwykle jest standardem w mieszkaniach w UK. Wszystko musimy kupić od początku.

Wszystko albo nic.

I w tym jest zarazem główny problem i całe piękno naszej sytuacji.

CodziennoscMalgorzata Frej