Migawki M. to zbiór wpisów o zyciu w Szkocji, byciu matka i lekarzem. Przeplataja sie tu teskty o codzienności z podrózami w swiat i umysł autorki - Małgorzaty Frej. 

Valparaiso miasto street artu

Valparaiso miasto street artu

Zanim zaproszę was na kolejny wpis z Chile, radzę przejść na stronę bloga, bo zdjęcia ładniej się tu prezentują niż w czytniku RSS. Dziękuję za uwagę. 

Wszyscy nam mówili: nie jedźcie do Valparaiso, bo was okradną albo pobiją. Jest niebezpiecznie, brudno i nie warto! Ta, jasne. Pewnie chcieli zatrzymać to miejsce dla siebie i powstrzymać tsunami turystów. W sumie im się nie dziwię, bo Valpo to moje ulubione miasteczko w Chile (odwiedziłam tylko trzy, ale zdanie mam, ok?! Ok. )

Tego samego dnia przelecieliśmy nad Andami z Patagonii i wsiedliśmy w autobus na dworcu w Santiago de Chile, żeby następnego dnia zjeść już śniadanko w nadmorskim Valparaiso. Było warto. Zwłaszcza że wieczorny autobus kosztował jakieś grosze i byliśmy chyba jedynymi turystami. Na autostradzie zatrzymywał się co jakiś czas, żeby wpuścić panie z domowymi wypiekami, które przechodziły się po autokarze z koszykiem z ciastkami! Nie żartuję! Kupiliśmy kokosowe ciasteczka i zjedliśmy zamiast kolacji. Uratowały nas od niechybnej śmierci głodowej, bo jakoś nie obczailiśmy, o której dojedziemy do Valpo i że już będzie po kolacji.

Nasz hostel był na jednym ze wzgórz, na które rozlewa się morze pastelowych domków i węży krętych stromych uliczek. Nie wiem jak można się tam nie zgubić. Używanie mapy chyba nie ma sensu i idzie się na azymut. O tam, chcemy dojść na tamto wzgórze, idziemy mniej więcej w tamtym kierunku i mamy nadzieję, że dojdziemy.

Dojechaliśmy do Valpo późną nocą, więc wzięliśmy taryfę, a co! Ostatni przystanek w Chile, więc trzeba się było pozbyć waluty. Hostel mile nas zaskoczył. W miarę czysto, małe kolejki do łazienek i nawet pranie sobie zrobiliśmy! Po powrocie z gór w końcu na coś przydała mi się ta jedna jedyna sukienka, którą wzięłam na wyjazd. A w naszych siedmiokilogramowych plecakach każdy gram był na wagę złota. Poszliśmy jeszcze na wieczorny spacer, ale nie znaleźliśmy jedzenia tej pierwszej nocy. Na szczęście hostel zapewniał śniadanko. Tylko trzeba było po sobie pozmywać naczynia, a co jak co, ale zmywać to ja potrafię. Wakacje na zmywaku w Irlandii po maturze nie poszły na marne.

Potem poszliśmy na kawę nad morze i zobaczyć port. Trafiliśmy w jakąś boczną uliczkę na targ ryb. Zero jakichś wymysłów typu lodówki czy nawet lód. Rybie flaki latały w powietrzu a oczy mętnie patrzyły w błękitne niebo. Albo na gazetę, którą były owinięte. Obrzydliwe i śmierdzące. Potem postanowiliśmy iść właśnie na azymut do domu Pabla Nerudy — chilijskiego wieszcza, którego rebelianckie wiersze kojarzyłam z powieści Allende. Przyplątał się do nas jakiś bezdomny pies i słowo daję szedł z nami dobrą godzinę. Już go miałam dosyć i zgubiliśmy go w supermarkecie. Zapatrzył się a my myknęliśmy do alejki ze słodyczami i już nas nie znalazł. Po tej wycieczce przestałam się bać psów, tyle ich tam było, że nie dało się ruszyć nie przechodząc przez jakąś watahę.
 

Dom Pabla był na czubku wzgórza, całkiem ładny. On w ogóle miał kilka domów w okolicy Santiago. Jeden na Bellavista, drugi w Valpo i trzeci gdzieś jeszcze indziej. Podobno miał inną kochankę w każdym domu. W końcu nie będą się dzielić poetą i jego wdziękami pod jednym dachem. Drogę umilały nam malunki na ścianach. Nigdy nie widziałam tyle street artu na raz i nigdy nie był taki piękny. Trafiliśmy też na muzeum pod otwartym niebem, czyli Museo a Cielo Abierto, które jest ścieżką prowadzącą przez jedne z najciekawszych graffiti w całym Valpo. A na koniec zaszliśmy do sklepu Mapucha, który sprzedał nam parę kutych wisiorków dla naszych znajomych z Polski. Taki fajny gość! Zrobił na mnie duże wrażenie, głównie dlatego, że pochwalił mój hiszpański. 
 

 

valparaiso (11 of 27).jpg

Okazało się, że w naszym hostelu zatrzymała się para Austriaków, których spotkaliśmy w Punta Arenas w Patagonii. Podróżowali po świecie od ponad roku, mieszkali głównie w namiocie i Valparaiso to był ich ostatni przystanek przed powrotem do Europy. Wyszliśmy wieczorem razem na miasto i po paru pisco uświadomili nam, że długie podróżowanie wcale nie jest takie kolorowe jakby nam się mogło wydawać. Zrobiliśmy im nawet zdjęcie, ale już nie pamiętam nawet jak mieli na imię, więc nie zagoszczą na stronach tego bloga. Sorki. Ale mili byli, serio. Tylko zaczęła już im się popodróżna deprecha a po paru pisco byli naprawdę smutni. A nam pisco bardzo smakowało. Mój ulubiony trunek na świecie. Kuba swój komputer w pracy nawet nazwał pisco tak je polubił. 
 

Zostaliśmy w Valparaiso chyba dwie lub trzy noce i wróciliśmy na ostatnią noc do Santiago. Poza street artem i pastelowymi domkami to miejsce z kawiarniami, gdzie młodzi poeci czytają swoje wiersze w zadymionych dusznych wnętrzach, ludzie sączą wino na chodnikach a artyści rozstawiają sztalugi na rogach ulic. Naprawdę nie wiem gdzie jest ta niebezpieczna część miasta. Albo jesteśmy tacy naiwni albo mamy duże szczęście.  

Chciałabym tam kiedyś zamieszkać na rok w małym mieszkaniu na poddaszu, uczyć się hiszpańskiego w ciągu dnia a wieczorami pić wino w oknie z widokiem na morze i czytać wiersze. Można pomarzyć, prawda?

valparaiso (27 of 27).jpg
Nikt ci nie da medalu

Nikt ci nie da medalu

Uwolnienie od materializmu jest do nauczenia

Uwolnienie od materializmu jest do nauczenia