To ja mam racje

publiczne karmienie piersia

Słyszeliście pewnie o sytuacji w Sopocie i burzy w szklance wody, którą ona wywołała? W skrócie: media podają że matka karmiąca została poproszona przez kelnera, żeby przeszła w bardziej ustronne miejsce. Kobieta odmówiła, wywiązała się jakaś sprzeczka i pozwala restauracje do sadu. Wywołało to dość emocjonalną i miejscami niesmaczną dyskusję na temat publicznego karmienia piersią.

Moje zdanie w tej sprawie jest pewnie do przewidzenia. Uważam, że matki powinny karmić swobodnie tam gdzie chcą i gdzie potrzebują w taki sposób w jaki im wygodnie. I nie przyjmuje do wiadomości, że jakieś matki mogą karmić ostentacyjnie. Patrząc ci w oczy z jedną podniesioną brwią i co jakiś czas odsuwając dziecko od piersi, żeby cie postraszyć sutkiem i siknąć mlekiem w sufit. Karmiąca matka chce zaspokoić potrzebę swojego dziecka lub swoją, bo nawet jeśli dziecko nie okazuje głodu, to czasem muszę je nakarmić, bo bolą mnie piersi. Tak to juz działa. Rozumiem bardzo dobrze krowy mojego sąsiada, które dają rano koncert muczenia, żeby o sobie przypomnieć.

Ale nie o tym chciałam dziś napisać. Przy okazji wymieniania paru komentarzy na Facebooku pod wpisem Jezuity Grzegorza Kramera (który popiera karmienie piersią) zauważyłam u siebie ciekawe zachowanie. Kiedy bardzo wierze w swoją rację, nie jestem w stanie zobaczyć obiektywnie drugiej strony argumentu. W tym przypadku tak mocno wierze, że porównywanie karmienia piersią do puszczania bąków jest niedorzeczne, że nie potrafię nawet wdać się w merytoryczna dyskusje. Jedyne co mogę powiedzieć, to że nie mieści mi się to w głowie, że ktoś może żądać od karmiących kobiet zasłaniania się chustą lub wychodzenia do miejsc przeznaczonych tylko do karmienia lub toalety. Albo najlepiej zaplanowania pór karmienia w ten sposób, żeby dziecka nie karmić na zewnątrz, tylko w domu. A to, że piszą to kobiety, już zupełnie jest poza moimi możliwościami poznania i zrozumienia.

Jest kilka innych tematów które poruszają mnie do tego samego stopnia. Na przykład robienie sobie wszystkich możliwych badań, żeby sprawdzić czy nie ma się jakiejś choroby, mimo tego ze człowiek czuje się świetnie. Tak na wszelki wypadek. Albo bycie niegrzecznym dla pacjenta jako lekarz. Te trzy tematy widocznie są mi bardzo bliskie i emocje związane z tym jak bardzo mi na nich zależy przysłaniają mi możliwość racjonalnego podejścia do argumentu drugiej strony.

Jak sobie z tym radzić? Studzić emocje? Najlepiej poczekać i dyskutować kiedy emocje opadną. Albo nie dyskutować wcale. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie miał racji w internecie.

Tylko, że dla mnie to jest tak, jakby ktoś powiedział, że papierosy nie powodują raka albo że ziemia jest płaska. To nie jest kwestia opinii tylko wiedzy i kiedy ja wiem lepiej i mam na to dowody, jak mogę spokojnie dyskutować i odpierać kolejne niedorzeczne argumenty? Wiedza czasem mnie blokuje. Czy poczucie obowiązku szerzenia wiedzy nie jest krótkowzroczne?

Przez ton dyskusji mogę zrazić kogoś do siebie do tego stopnia, że wiedza która chce przekazać zostanie zarejestrowana w jego mózgu jako coś w kontrze do jego wierzeń. Może lepiej słuchać i starać się o łagodność wypowiedzi, żeby najpierw przekonać rozmówce do siebie jako osoby,  a później do moich przekonań?

Jak żyć, powiedzcie mi, jak?