Ostatnia dwudziestka, Happy Birthday to me

Piszę ten wpis z telefonu na stołówce szpitalnej w czasie przerwy na lunch. Pracuje w ten weekend trzy dyżury po 12h piątek-niedzieli. Niedługo wolność!

 

Udało mi się iść samej na lunch, nie muszę z nikim prowadzić rozmowy o pogodzie ani planach na dalszą karierę. Zjadłam frytki z ketchupem bo akurat miałam ochotę i (drumroll) bo dziś są moje 29 urodziny. Taki jest przywilej dorosłych ludzi, mogą jeść, co chcą. 

W drugiej połowie moich dwudziestych lat nauczyłam się jednej bardzo ważnej rzeczy. Jest to rzecz, która uważałam za prawie nieosiągalną jako dziecko a już zupełnie nie do zrealizowania jako nastolatka. Naprawdę polubiłam siebie. Jestem dziwna, z małą nadwagą, z dziwnymi marzeniami i zainteresowaniami, z pasjami które przychodzą i mijają tak samo szybko. Lubię się uczyć i czytać i słuchać muzyki klasycznej i pić poczwórne espresso na śniadanie. Mogłabym się ubierać w paski i czerwoną szminkę każdego dnia. 

Robię na szydełku japońskie zabawki, czytam namiętnie książki Jodi Picoult, poezję Rupi Kaur, maluje akwarelami kształty liści,  piję białe wino i robię sobie zdjęcia z kwiatami przyklejonymi do brwi taśmą dwustronną. Taką siebie sama kocham i myśle, ze to dość duże osiągniecie w erze porównywania się do innych i kultywacji swoich kompleków spowodowanych patrzeniem na instagram Anny Lewandowskiej. 

Nie wiem komu za to podziękować, pewnie rodzicom? Mężowi? Pewnie wszystkim po trochu. A może to proces, który zajmuje dokładnie 29 lat na tej ziemi, i sama na to zapracowałam? Nie wiem. Ale dzisiaj sobie sama życzę- oby tak dalej. 

IMG_2527.JPG
IMG_0992.JPG
IMG_0966.JPG