List do nowej matki

Możliwe, że w ostatnich tygodniach lub miesiącach urodziłaś dziecko. Sam ten fakt nie mieści Ci się w głowie. Że człowiek wyszedł z twojego ciała. Że każda jego komórka pochodzi od Ciebie, ma 50% Twojego DNA. Twoje ciało zrobiło coś pomimo Twojej woli, nagle mięśnie, które kiedyś czułaś najczęściej raz na miesiąc, zaczęły się kurczyć, jak klamra coś zaczęło ciasno zamykać się wokół Twoich wnętrzności. Bujałaś biodrami na prawo i lewo, mruczałaś, wypuszczałaś powoli powietrze z płuc, licząc na to, że z kolejnym oddechem odejdzie kolejna fala bólu. Kurczowo trzymałaś brzeg łóżka, prześcieradło zgniecione w twojej spoconej dłoni poddawało się ulegle kolejnemu miętoszeniu, a Twoje ciało znosiło kolejne fale skurczów. A potem nagle była cisza. I wybuch. Płaczu dziecka, ciepłych łez na policzkach, które ginęły za dekoltem, płaczu partnera. I emocji. Zaczęłaś czuć wszystko na raz: ulgę, och jaką ulgę. Radość. Nie wiadomo co jeszcze, ale czułaś wszystko całą sobą. Położyli ci to mokre ciałko na piersi i nie mogłaś przestać go głaskać. Całować jego główki, patrzeć w jego oczy. Całe pochodziło od Ciebie, a Ty jeszcze nie czułaś się pusta, bo zapomniałaś już jak to było, kiedy byłaś tylko Ty, a nie Wy.

Kolejne dni pamiętasz jak przez mgłę. Ktoś coś do Ciebie mówił, dziecko płakało, sutki pękały i krwawiły. Marzyłaś o śnie. O jednej nieprzerwanej godzinie. Każde mruknięcie dziecka powodowało dreszcz na Twoich plecach, z góry na dół jak powiew zimnego powietrza po wyjściu z jeziora w to lato, kiedy pojechaliście na Mazury i kąpaliście się wieczorem. Tylko mniej przyjemny.

Brałaś je delikatnie z łóżeczka i czułaś, że ten świat jest zbyt zły, żeby takie idealne stworzenie mogło w nim istnieć. Że zrobisz wszystko, żeby przestało płakać. Utulisz, ucałujesz, pozwolisz ssać swoje zmęczone piersi całymi godzinami. Zrobisz wszystko. Ale jesteś taka zmęczona, że kiedy płacze kolejny raz nie możesz na nie spojrzeć. Chowasz głowę pod poduszkę i czujesz wstyd. Nie tak miało być. Dlaczego nikt Ci nie powiedział, że będzie tak ciężko. Która to godzina? Spało tylko 40 minut? O Boże, dlaczego tak ten świat stworzyłeś, jeśli istniejesz to spraw, żeby spało teraz dwie godziny.

Ktoś pisze na instagamie, że jest zmęczony po całym tygodniu pracy. CO TY WIESZ O ZMĘCZENIU?!?! - myślisz. Zmęczona to jestem ja, matka noworodka. W czasie nocnych karmień czytasz wszystkie fora internetowe próżnie szukając odpowiedzi na pytanie „Kiedy to się skończy?".

Zakładasz piżamę kolejnego wieczoru i przypominasz sobie jak to było, kiedy byliście tylko we dwoje. Czytałaś książkę przed snem, rano razem jechaliście do pracy słuchając Cheta Fakera, miasto jeszcze spało. Po pracy czasem kładłaś się na popołudniową drzemkę, głosy ulicy zza okna utulały Cię do snu.

Kiedy ktoś pyta jak się czujesz sama nie wiesz, co odpowiedzieć. Czujesz, że twoje życie, to, które znałaś przez ostatnie 27 lat się skończyło. Czujesz, że jest inaczej niż myślałaś, że będzie, jest cholernie trudno i ciężko. Czujesz się niewyspana. Kiedy zmieniasz dziecku całe ubranie po raz trzeci tego poranka, bo wymiotuje po każdym karmieniu czujesz, że to wszystko nie ma sensu. Czujesz, że tylko Twoje dziecko nie śpi nocami i budzi się co godzinę na karmienie. Czujesz, że każda komórka Twojego ciała została stworzona, żeby je kochać, bronić, tulić, nosić i uczyć miłości. Czujesz, że chcesz być najlepszą wersją siebie i nieważne czy zapamiętają Cię jako dobrego pracownika, dobrze ubraną, zadbaną, dowcipną? Najważniejsze jest dla Ciebie, żeby nie zawieść tej małej osoby. Czujesz wszystko naraz i jednocześnie nic poza zmęczeniem. I masz do tego prawo. Czuj to, co czujesz, a czas na analizę przyjdzie za trzy lub cztery miesiące.

Już niedługo noce będą na tyle długie, że wybierszesz serial zamiast godziny snu więcej. Nie jest to walka o żaden medal, wystarczy, że przeżyjesz i będziesz kochać tak, jak potrafisz najlepiej.

Jesteś najlepszą mamą jaką mogło sobie wymarzyć Twoje dziecko. Za parę lat samo Ci to powie.