Migawki M. to zbiór wpisów o zyciu w Szkocji, byciu matka i lekarzem. Przeplataja sie tu teskty o codzienności z podrózami w swiat i umysł autorki - Małgorzaty Frej. 

Lekarka w ciazy - czy to ma znaczenie?

Lekarka w ciazy - czy to ma znaczenie?

lekarz w ciazy - wrazenia i emocje

Jak to było być w ciąży jako lekarz?

Kilka osób zadało mi to pytanie. Czy to, że sama jestem lekarzem, miało jakiś wpływ na moją ciążę? Na to, jak ją przeżywałam, jakie podjęłam decyzje? A może na sam poród?

Jedna rzecz, z jakiej zdałam sobie sprawę, dopiero kiedy poszliśmy na szkołę rodzenia to, że pewnie jako jedyna osoba na sali widziałam już poród, a nawet odebrałam jeden (z pomocą bardzo cierpliwej położnej). Asystowałam przy wielu cesarskich cięciach, bo mnie to fascynowało i miałam taką możliwość. Przy kilku byłam nawet głównym asystentem, więc na przykład pomagałam rozrywać macicę po pierwszym nacięciu (nie wiem jak się na to fachowo mówi po polsku, ale macica jest rozdzielana palcami po nacięciu, żeby zrobić w niej otwór, aby wydobyć dziecko). Wiedziałam, jakie są rodzaje kleszczy i jakie formy znieczulenia są dostępne dla rodzących. Że ryzyko poronienia jest bardzo wysokie w pierwszym trymestrze, że pierwszy poród może trwać bardzo długo, skurcze mogą przychodzić i ustawać wielokrotnie a cały proces może zając wiele godzin. Że USG nie jest w stanie wykryć wszystkich wad, więc zawsze trzeba się liczyć z tym, że dziecko może być chore. Widziałam to wszystko na oddziałach i te sytuacje były obecne w moich myślach, ale nie jako coś martwiącego. Bardziej postrzegałam to jako część rzeczywistości. Takie jest życie, nie da się nic z tym zrobić. 

Tylko czy to doświadczenie jest pomocne, kiedy to ja jestem kobietą w ciąży? Kiedy chodzi o chromosomy mojego dziecka? Czy do porodu można się przygotować?
Z psychologicznego punktu widzenia to dość obszerny temat i chciałabym napisać o tym kiedyś. Wiedza nie zawsze jest atutem, czasem lepiej pozostać w nieświadomości, bo wiedza i tak nic nie zmieni. Znałam na przykład ryzyko poronienia na każdy dzień pierwszego trymestru, ale wiedziałam też, że kiedy organizm postanowi poronić nie da się zatrzymać tego procesu i jest to poza moją możliwością działania. Zdawałam sobie sprawę z wad wrodzonych, które groziły mojemu dziecku, bo sama widziałam takie dzieci na oddziale noworodków i potem w przychodniach. Bałam się wcześniactwa, bo widziałam dzieci urodzone nawet w 23 tygodniu ciąży. Z zamkniętymi oczami, przeźroczystą skórą i nieodłącznym szumem respiratora w tle. I nową mamą przy inkubatorze, która marzy o tym, żeby zmienić pieluszkę i potrzymać malucha za paluszek wielkości zapałki.

Po wielu tygodniach na intensywnej terapii na noworodkach, dzieci rodzące się w terminie wydawały się olbrzymami.

Mimo mojej wiedzy na temat ciąży, porodu i noworodków ten czas nie był dla mnie powodem do stresu. Może się to wydawać dziwne, ale przeżyłam moją ciążę ze spokojem. Byłam prowadzona przez położną, bo nie miałam żadnych czynników ryzyka. Miałam do niej duże zaufanie i dobrze się dogadywałyśmy. Wiedziała, że jestem lekarzem, ale dla niej byłam kobietą, którą przeprowadziła przez ciążę i potem opiekowała się naszą rodziną w okresie połogu. Przyjmowaliśmy ją często w piżamach po kolejnej nieprzespanej nocy. Siadała na krześle w naszej sypialni i rozmawialiśmy o opiece nad noworodkiem, badała mnie i Manię, jeśli była taka potrzeba. Czułam się bardzo dobrze zaopiekowana. To ona zaproponowała nam spanie z dzieckiem, żebyśmy mogli się bardziej wyspać. Wcześniej zachęcała mnie do napisania szczegółowego planu porodu, a moja położna w szpitalu przeczytała go dokładnie i starała się, żeby wszystko działo się po mojej myśli. Kiedy weszła do pokoju i zwróciła się do mnie per Gosia, chciałam ją uściskać. Tak bardzo cieszyło mnie to, że przeczytała jak poprawnie czytać moje imię.

Wracając do samej ciąży to zawsze wierzyłam w moje ciało. Kiedy udało mi się zajść w ciążę nigdy nie wątpiłam w to, czy uda mi się urodzić. Wiedziałam, że urodzę. Że moje ciało jest do tego stworzone. Wielka niewiadoma, która nagle zamieszkała pod moimi jelitami stała się częścią mojej rzeczywistości. Czy nie jest to idealne przygotowanie do rodzicielstwa? Do tego poczucia strachu o dziecko, o jego zdrowie i przyszłość? Te wątpliwości, które rodziły się we mnie, kiedy nosiłam Manię, zaakceptowałam jako część mojego macierzyństwa. Gdzie brak kontroli, niepewność i niepokój towarzyszą mi każdego dnia i są wzmożone poczuciem przywiązania, którego nie czułam jeszcze do żadnej istoty na świecie. Brak racjonalizmu i właśnie ta niepewność zawsze będą częścią mojego matczynego serca, a zaczęły kiełkować dokładnie, wtedy kiedy zobaczyłam dwie kreski na kawałku plastiku.

Moim zdaniem żadne książki, wiedza czy nawet opowieści innych nie są w stanie przygotować kobiety na poród. Zmiana, która następuje w jej życiu, co ważniejsze to, w jaki sposób ona sama przezywa tę zmianę, kiedy pojawia się dziecko, są niepowtarzalne dla danej osoby. Trzeba jej pozwolić przeżywać ten czas w jej własny sposób. Ja miałam to szczęście, że trafiłam na wspaniałą położną, która przeprowadziła mnie na drugą stronę w delikatny sposób, odpowiadając na moje potrzeby, tłumacząc i wierząc w moje ciało razem ze mną.

Zawsze uwielbiam słuchać o porodach i ciążach innych kobiet. Jeśli macie ochotę to podzielcie się swoimi przeżyciami. Możemy porozmawiać o tym w komentarzach, jeśli chcecie to anonimowo. Zamierzam spisać moją historię porodu już niedługo i podzielić się nią tutaj na Migawkach. Nie był to poród, jaki sobie wymarzyłam, ale był mój. I jestem z niego dumna.

PS. Jestem na Facebooku, Feedly i Bloglovin

Dzisiaj w 28 fotkach

Dzisiaj w 28 fotkach

Lato w Polsce

Lato w Polsce