Historia narodzin Marysi (Cz.1)

12 tygodni, ssie palec. Nigdy potem już nie ssała, nawet jak się urodziła. 

12 tygodni, ssie palec. Nigdy potem już nie ssała, nawet jak się urodziła. 

Termin miałam na Sylwestra. Co za kiepska data na urodziny, prawda? Na szczęście tego dnia nie urodziłam. Wiedziałam, że szanse na poród tego dnia były małe, więc się nie nastawiałam. To dziecko musiało jakoś wyjść, oby jak najszybciej! Było mi tak niewygodnie! Nie mogłam oddychać, małe stópki wpychały mi się pod żebra, nocami odliczałam godziny do poranka i szydełkowałam. W Sylwestra poszliśmy na burgery, potem do znajomych na oczekiwanie Nowego Roku. Była dobra prognoza na zorzę polarną więc przed północą pojechaliśmy pod lokalne obserwatorium astronomiczne i była. Zielona poświata na horyzoncie, zmieniająca się co kilka sekund, tańcząca linia niespokojnie leżąca na zetknięciu się morza i nieba. 

Następnego dnia przyszły do nas moje koleżanki z pierwszych studiów, Norweżka i Estonka. Siedziałyśmy, gadałyśmy, choinka świeciła, mnie trochę brzuch pobolewał. Myślałam, że to zatrucie pokarmowe, może jakieś sensacje żołądkowe, ciąża już dała się we znaki w każdym organie mojego ciała więc pewnie przyszedł czas na jelita — pomyślałam. Oglądałyśmy Krainę Lodu i kiedy Elsa śpiewała z przekonaniem, że ma tę moc, mój brzuch postanowił dać znać o swojej. Zignorowałam. Nie chciałam dać nikomu poznać, że coś jest na rzeczy. Wstałam, bo i tak było mi niewygodnie i oglądałam Elsę dalej. 

Dziewczyny poszły i powiedziałam Kubie, że możliwe, że zaczęły się jakieś skurcze, ale pewnie to sam początek i jeszcze długa droga przed nami. Chciałam zostać w domu jak najdłużej i nie dzwonić do szpitala aż ból będzie mi za bardzo przeszkadzał. Wzięłam kąpiel (jak codziennie w ostatnich tygodniach, tylko w wannie było mi wygodnie, skurcze przychodziły i odchodziły). Poszłam spać jak zwykle, nie wiedziałam, że to będzie nasza ostatnia noc w domu we dwójkę. Ostatnia nieprzerwana faza głębokiego snu na wiele miesięcy. Ostatnie godziny, kiedy moje ciało wiedziało jak utrzymać moje dziecko przy życiu, bez żadnego mojego wkładu czy świadomości. 

Obudził mnie mocny ból. Była 5:30 rano, noc jeszcze ciemna za oknem, światło latarni wpadało przez żaluzję i poziomymi kreskami zatrzymywało się na twarzy mojego męża. Wstałam, poczułam mokre nogi i wielki zawód. Wczesne odejście wód łączy się z większą szansą na interwencje w czasie porodu. Poszłam do łazienki i poczułam znajomy zapach wód płodowych. Ten sam, który czułam wiele razy kiedy byłam obecna przy porodach jako studentka. Zapach nowego życia. Zapach końca mojej ciąży. Zapach wskazujący na to, że się zaczęło. Poszłam do drugiego pokoju po piłkę i obudziłam Kubę znamiennymi słowami : wody mi odeszły. Do tej pory chce mi się śmiać kiedy to wspominam. Czułam taką wagę tych słów wtedy. 

Włączyłam sobie Dom nad Rozlewiskiem (serial) i skakałam na piłce przez parę godzin. Zadzwoniłam do szpitala i powiedziałam, co się dzieje, miałam skurcze co 2–3 minuty, były dość bolesne, wody dalej sobie leciały. Kazali nam przyjechać w przeciągu paru godzin. Zjedliśmy śniadanie, wzięłam prysznic, skurcze rytmicznie miażdżyły mi miednicę. Góra dół, góra dół skakałam na piłce kangurce. Zatrzymywałam się na kolejny skurcz, myślałam, że zbliża mnie do końca. Żaden jeden się nie powtórzy, każdy jest inny, każdy ma swój cel, każdy jest krokiem w dobrym kierunku. Pamiętam to światło lampki w pokoju, szelest piłki o wykładzinę w naszej sypialni, smak jogurtu z granolą. Wszystko było dla mnie takie ostateczne, ale dopiero teraz to takim widzę. Świat podzielił się dla mnie na przed i po. 

Jechaliśmy do szpitala znajomą drogą, tą samą którą jeździłam jeszcze parę tygodni wcześniej do pracy. Kuba już znał wszystkie dziury i wybrzuszenia na drodze i uważnie je omijał. Latarnie na Meadows oświecały żółcią opustoszałe alejki. Wyszłam z samochodu i CHLUST. Dopiero wtedy odeszły mi wody naprawdę. Oboje roześmieliśmy się na myśl o tym, jak to wszystko wyglądało — chlupiące buty, mokre spodnie i plama na chodniku w wejściu na porodówkę. Pewnie nie pierwsza. 

KTG było w porządku, dziecko się ruszało, tylko ciśnienie strasznie wysokie. Zbyt duże ryzyko na poród w domu narodzin (prowadzonym przez położne, w tym samym budynku, co szpital, moim miejscu, gdzie chciałam rodzić). Musimy iść na górę, czyli na porodówkę. Byłam trochę zawiedziona, ale nie jakoś bardzo. Wiedziałam, że na porodówce będę miała tak samo dobrą opiekę a jako lekarz nie widzę interwencji medycznych w tak negatywnym świetle, jak wiele innych osób. Poprosiłam o pokój z basenem, wiedziałam, że mają dwa. Akurat jeden był wolny. Hurra. 

‘Hi Gosia, my name is Rachel, I’ll be looking after you today’ powiedziała moja położna i od razu ją pokochałam. Wymówiła moje imię idealnie, dźwięcznie, z miękkim sia. Czyli przeczytała mój plan porodu, gdzie poprosiłam, żeby tak się do mnie zwracano. Kuba włączył naszą playlistę, Ben Howard, Bastille, Chet Faker brzmieli mi w uszach, uśmierzając trochę ból miażdżonej miednicy. Nie pamiętam o czym rozmawialiśmy. Skakałam na piłce, próbowałam zasnąć, chodziłam po pokoju, po oddziale, rakiem po schodach. Skurcze były nieregularne, a ciśnienie krwi nadal ogromne, rozwarcie 4 cm. Rachel powiedziała, że jeśli przez jakieś 12 godzin rozwarcie nie postąpi to prawdopodobnie będziemy mieli zaoferowaną kroplówkę z syntocyną. Robiłam wszystko, żeby zwiększyć intensywność skurczów, ale szyjka macicy pozostała uparcie tylko na 4cm po całym dniu. Gdyby nie to wysokie ciśnienie krwi mogłabym wrócić do domu, zrelaksować się, pozwolić porodowi postępować we własnym tempie. Tego naprawdę chciałam, ale byłam też już zmęczona. Chciałam poznać jak to jest dać nowe życie, poznać moją córkę, spojrzeć w jej pomarszczoną twarz i spróbować odnaleźć w niej moją nową tożsamość. Nie wiedziałam, że stanie się to szybciej, niż bym się tego spodziewała.

I że w przeciągu następnych sześciu godzin otrę się nie tylko o nowe życie, ale też o śmierć. 

Część 2. pojawi się na blogu jutro. 

 

 

 

C7910364-5923-425A-B01C-3B2D427D108C.JPG

1.01.2016 - Rękawiczki, których do tej pory nie skończyłam, koncert Wiedeński i oczekiwanie na poród.