Czy minimalizm jest tylko dla bogatych?

Wszystko o minimalizmie zostało już napisane. Jest tylu blogerów zagranicznych i polskich, którzy piszą o życiu wolnym od materializmu i nienapędzanym przez konsumpcję, że nie ma sensu, żebym na pewne tematy nawet pisała. Tak myślałam wcześniej w tym tygodniu, kiedy wymieniłam parę komentarzy z koleżanką na Facebooku. Jednak nawet jeśli coś już zostało napisane, nie znaczy, że nie mogę odkryć tego sama. W naszej krótkiej wymianie zrodziło się pytanie, czy minimalizm jest wymysłem dla bogatszych ludzi, którzy mają wybór czy mieć tyle ile mają, czy mniej.

Można tak na to spojrzeć i pójść nawet dalej, mówiąc, że minimalizm to bieda z wyboru. Bo z powierzchownego punktu widzenia to zwyczajnie fakt posiadania niewielu rzeczy. Problem jest w tym, że ani sednem minimalizmu, ani biedy nie jest wartość tego, co posiadam. Jak z każdą definicją każdy będzie mógł napisać co dla niego, i konkretnie w jego życiu, oznaczają te pojęcia, a inni mogą się do tego tylko odnieść i zgodzić lub nie. Dla mnie bieda to bycie zmuszonym do życia poniżej godności człowieka. Brak środków na podstawowe rzeczy niezbędne do życia takie jak jedzenie, ubranie i schronienie. To bieda absolutna. Są oczywiście inne poziomy biedy, kiedy człowiek ma już zaspokojone swoje podstawowe potrzeby, ale nadal czuje, że ma mniej niż reszta społeczeństwa, lub mniej niżby chciał. Tu zaczyna pojawiać się wyrażenie — jakość życia. 
'Może nie jestem biedna, ale moje możliwości finansowe nie pozwalają mi na taką jakość życia, jaką bym chciała.' I w tej jakości życia kryje się odpowiedź na pytanie, czy minimalizm jest tylko dla bogatych. Moja percepcja jakości jest kształtowana przez to, co mnie otacza. Takie to proste, a jednak tak trudno czasem sobie to uświadomić. Sama jestem bardzo podatna na reklamę, na normy społeczne, które kształtują moje wybory, decyzje o kupnie pewnych rzeczy. Na przykład dlatego kupiłam wózek dla dziecka, mimo tego, że nie wiedziałam czy mi się przyda. Bo wszyscy kupowali, bo na zachodzie dzieci wożone są w wózkach, a nie noszone. Koleżanka z pracy, która robiła praktyki w jednym z rozwijających się krajów opowiadała mi, że ludzie w szpitalu, gdzie pracowała byli bardzo rozbawieni konceptem wożenia niemowlęcia w jego własnym pojeździe zamiast noszenia na rękach czy w chuście. 

Jest wiele definicji minimalizmu. Dla mnie minimalizm to uwolnienie się od potrzeby posiadania rzeczy, żeby być szczęśliwą czyli kompletne wyeliminowanie czynnika posiadania z mojej definicji szczęścia. Takie podejście pozwoli mi spędzać czas tak, jak chcę, a nie tak, jak muszę. Krótko mówiąc, chodzi o to, żeby rzeczy nie wyznaczały tego, w jaki sposób spędzam mój czas. A nawet, żeby żadne czynniki zewnętrzne nie były wyznacznikiem mojego szczęścia. Jestem jeszcze daleka od osiągnięcia mojego celu, ale poniżej spisałam, jakbym chciała, żeby to wyglądało:

  • Mam niewiele rzeczy, więc nie muszę dużo sprzątać.
  • Moje stałe wydatki (rachunki itp.) są na tyle niskie, że nie muszę dużo pracować, tylko tyle ile tego wymaga moja praca. Jestem lekarzem, więc oznacza to, że nie muszę brać dodatkowych dyżurów. Dla każdego definicja i ilość godzin pracy będzie inna. Znając siebie wiem, że praca jest mi potrzebna i chcę pracować nawet jeśli bym nie musiała. 
  • Nie uzależniam mojego szczęścia od tego, w co się ubieram, mam więcej czasu na inne rzeczy niż zakupy.
  • Nie kupuję na zapas, najchętniej nie kupiłabym nigdy niczego na kredyt, żeby być wolna od zmartwienia czy i kiedy go spłacę.
  • W pewnym momencie przestaję kupować rzeczy, bo już wszystko mam. Jasne, że niektóre rzeczy się niszczą, ale na przykład nie chcę ciągle ulepszać mojego mieszkania. Chcę je urządzić i cieszyć się spędzaniem czasu z rodziną. 
  • Chcę, aby moje zakupy były przemyślane i nigdy nie pod presją czasu czy okoliczności. 
  • Chcę znać przyczynę posiadania każdego przedmiotu, jaki znajduje się w moim otoczeniu. Jasne, początkowa redukcja będzie wymagała wiele pracy, ale ostatecznie jestem pewna, że będzie to warte wysiłku.

We wszystkich tych decyzjach chodzi o to, żeby spędzać czas w taki sposób, jaki uważam za wartościowy, a nie tak, jak wymaga tego ode mnie otoczenie czy okoliczności, czy wybory, których dokonałam wiele lat temu.

Nie odpowiedziałam jeszcze na podstawowe pytanie zadane w nagłówku tego wpisu: czy osoba, która nie posiada wiele nie z własnego wyboru, ale z okoliczności, w jakich się znalazła może nadal czerpać korzyści z minimalistycznego podejścia do życia? 

czy minimalizm jest tylko dla bogatych

Uważam, że tak. Spójrzmy na to, jak na wykres słupkowy, na którym oznaczymy wartość rzeczy, które posiada osoba A i osoba B. Osoba A jest 'biedna' osoba B jest 'bogata' (w dużym uproszczeniu). Teraz zakładamy, że obie osoby chcą zostać minimalistami i chcą posiadać mniej. Ponieważ osoba A miała mniej, był potencjał na to, że chciała mieć dużo więcej niż osoba B, która miała już wiele na początku. W ten sposób potencjalnie biedna osoba, która decyduje, że nie chce posiadać wiele (mimo tego, że w praktyce i tak nie mogłaby posiadać więcej) zyskuje więcej niż ktoś, kto ma wiele. Zdaję sobie sprawę, że to duże uproszczenie, ale moim zdaniem ma to sens. (Pomijam tu przykłady skrajnej biedy i mówię o chęci posiadania, kiedy podstawowe potrzeby życiowe są zaspokojone).

Moja teza ma wiele dziur i założeń, ale zawiera w sobie pewną prawdę. Jeśli pozbędę się chęci posiadania mogę wiele zyskać. Niezależnie od tego, z jakiego poziomu bogactwa zaczynałam. To, co już zyskałam na mojej krótkiej drodze do minimalizmu to dwie proste rzeczy: czas na to, co chcę robić (np. zabawa z córką zamiast zastanawianie się, co na siebie założę) i czas na myślenie o tym, jak chcę spędzać moje życie. Zamiast zapełniać je kolejnymi zakupami i trudzić pasowaniem do mojego otoczenia i jego norm społecznych. 

W moim przekonaniu ma to sens, ale nigdy nie zaznalam prawdziwej biedy, wiec nie wiem czy do konca moge sie wypowiadac na ten temat i teoretyzowac.

Co sadzicie?

MinimalizmMalgorzata Frej